Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /home/wwdev1/domains/klubkawaleryjski12pu.pl/public_html/engine.php on line 22 Nie żyje Monika Szwaja, znana pisarka.
Klub Kawaleryjski im. 12 Pułku Ułanów Podolskich
FILMY 12 PUŁKU UP

 

20-LECIE KLUBU KAWALERYJSKIEGO

BROSZURA INFORMACYJNA

***

12 PUŁK UŁANÓW PODOLSKICH

III Ogólnopolskie Manewry Kawalerii 2016

 Zapowiedź  Manewrów 

SPOT PWK 12 Pułku UP

Spot reklamowy FKO

 

W najbliższym czasie...

***

Wigilia Kawaleryjska- 14 grudnia 2017 godzina 17.00


 

 

***

 

ZOSTAŃ UŁANEM

 

***

DO MIŁOŚNIKÓW CHWAŁY I TRADYCJI ORĘŻA POLSKIEGO...

***

Kody dobrze czyta QR Droid

***

 

Przyjazne miejsca

Doniesienia weterynaryjne

 

***

Jak powienien poruszać się Twój koń...

 

***

ABC szczepienia i odrobaczania koni

***

Wybrane choroby pasożytnicze koni

***

Jak dochodzi do zarażeń koni?

***

EOZYNOFIL

 

***

Polecam lekturę artykułu lekarza weterynarii Grzegorza Nowaka.

Dojrzałe gzy wystę­pują w pełni lata. Zapłodnione samice ata­kują konie i skła­dają około 900 do 1500 cha­rak­te­ry­stycz­nych jaj, przy­le­pia­jąc je do wło­sów  na przed­nich koń­czynach  oraz w oko­licy bar­ków  i na bokach ciała. Czytaj dalej...

***

Strzyżaki

Zdarzyło się Wam podczas przejażdżki konnej zawędrować w dzikie zakątki lasu, gdzie w powietrzu unosi się zapach zbutwiałego drewna i wyraźnie czuć, a czasem i widać pomykające pośród gąszczu zieleni jelenie lub sarny? I nagle spadają na nas i nasze konie owady wyglądające na duże kleszcze ze skrzydełkami, szybko poruszające się i trudne do złapania. TO STRZYŻAKI. Czytaj dalej…

 
Pieśń starego ułana
Czy wiesz...

   

Jak koń cwałuje??? W jakiej kolejności stawia kończyny? Ilu taktowym chodem jest cwał?

Sprawdź

Kobiety w kawalerii...

Poza kilkoma osobami, w dowództwie prawie nikt nie wiedział, że Kazik Żuchowicz jest dziewczyną. Wykonywała najcięższe prace, nie chciała pokazać swojej słabości fizycznej. A dodatkowo przydzielono jej konia, z którym nie umiała się obchodzić ani nawet jeździć.

Kobiety też służyły w kawalerii. Więcej na stronie Sekcji Szkoleniowej KK im. 12 PUP.

 

ŚWIĘTO PUŁKOWE 2017

 

ŚWIĘTO PUŁKOWE  

ORAZ 20-LECIE

KLUBU KAWALERYJSKIEGO 12 PUŁKU UŁANÓW PODOLSKICH

ZAPROSZENIE

BROSZURA Z OKAZJI 20-LECIA KLUBU

Aktualności
Nie żyje Monika Szwaja, znana pisarka.
25.11.2015, przez Marek Piasecki

Opowieści wigilijne. Monika Szwaja- fragment

Mirkowi Salskiemu

- Haloooo, pani redaktor Bączek? Jak miło. Dzwonię, żeby po-
twierdzić pani jutrzejszą wizytę u nas. Nic się nie zmieniło, mam na- .
dzieję?

- Dzień dobry, pani doktor. Nic się nie zmieniło, będę oczywi-
ście. Gdzie jest ta wasza stajnia?

- Jedzie pani jak na Wołczkowo, tą drogą koło lasu, i przy końcu
w zakaz, nie pamięta pani?

- Nie pamiętam. Ja tam nie byłam. Ale może kierowca będzie
wiedział, a jak nie, to będę dzwonić ...

Kierowca wiedział. Kierowca Artur Kędzierski, zwany oczywi-
ście Kędziorem (łysy, notabene, z łbem ogolonym na komandosa),
zazwyczaj wiedział wszystko i w niewytłumaczony sposób umiał
trafić wszędzie. Teraz też pruł po nieoświetlonej leśnej drodze jak
na rajd Safari, rozpryskując wokoło fontanny tego, co według na-
szej pogodynki miało być śniegiem.

- Maltanka jest do ukarania - oświadczył w pewnej chwili. -
Przepowiadała wczoraj, że będzie mróz pięć stopni i śnieg. A co my
tu mamy? Chyba do niej zadzwonię i powiem, że ją zwalniam osta-
tecznie.

- Maltanka sama pogody nie wymyśla - mruknął operator z tyl-
nego siedzenia. - Maltanka sama wymyśla dowcipy o blondynkach.
A to się sprawdza, jak wiadomo ...

- Dam ci w dziób, jak tylko wysiądziemy - obiecałam, dotknię-
ta osobiście, bo ostatnio przefarbowałam się na platynowy blond. -
Ty, Marek, słuchaj, kamerę masz cyfrową?

- No przecież mówię, że się sprawdza - zarechotał Marek rado-
śnie. - Teraz mnie pytasz? A taśmy masz jakie?Analogowe?

- Cyfrowe! I nie mów, że wziąłeś kamerę analogową!

- Cyfrową wziąłem, cyfrową. Oj, pani redaktor. ° czym ty my-

ślisz? Pewnie o Wigilii i pieczeniu makowców?

- Wypchaj się. Makowce mam gotowe. To znaczy zamówione
w naszym bufecie, wiesz, że Ewa robiła zapisy na ciasta. Zamówiłeś?
- Nie, moja droga. U mnie w domu ciasta piecze ukochana żo-
neczka. Po to ją mam. Między innymi, oczywiście.

- Szowinistyczna męska świnia - pisnęłam, ale nie zdążyliśmy
rozwinąć kolejnej mało konstruktywnej męsko-damskiej dyskusji,
bo Kędzior parkował już pod jakimś pochyłym płotkiem.

- 0, komitet powitalny - powiedział, zaciągając ze zgrzytem ha-
mulec ręczny. - Boże, ten samochód niedługo się rozleci. Kocia, to
na twoją cześć ten szpaler?

- Wątpię - zwątpiłam.

Komitet powitalny majaczył w świetle pochodni i rzeczywiście był
imponujący. Na jego czele stał wysoki facet w mundurze kawalerzy-

 

sty Księstwa Warszawskiego, a zaraz obok kilkunastu facetów w nie-
pozornych mundurach ułanów z II wojny światowej. Miałam rację,
bo kiedy się zbliżyliśmy, dały się słyszeć szepty: - To nie biskup.

- Witamy kochaną telewizję - odezwał się niespodziewanie deli-
katny głos nie dużej osoby stojącej na czele szpaleru. Prezesem Klu-
bu Kawaleryjskiego imienia Jednego z Pułków Naszych Dzielnych
Ułanów Kresowych jakiś czas temu została kobieta, budząc tym sa-
mym mieszane uczucia swoich podwładnych. Baba rządzi. No tak,
ale ta baba ma najwyższy stopień z nich wszystkich. Nawiasem mó-
wiąc, nie pamiętam jaki, muszę ją zapytać, żeby zrobić jej prawidło-
wą wizytówkę. Chyba rotmistrz?

Uścisnęliśmy po kolei wszystkie prawice i zostaliśmy zaproszeni
do stajni.

- O cholera - powiedział operator. - Nie będzie łatwo.

- Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo i słowa dotrzymał - mruk-

nął filozoficznie dźwiękowiec Henio, z trudem wybudzający się
z głębokiego snu, w jaki zazwyczaj zapadał w samochodzie, nawet
jeśli jechaliśmy na sąsiednią ulicę. - Ja chyba wszystko będę z kija
robił. Jakieś wywiady przewidujesz? To może dam ci mikrofon do
ręki. Albo nie, nie dam ci. Tyczka będzie lepsza. Boże, ja się nigdy
nie wyśpię.

To rzekłszy, wycofał się do samochodu po sprzęt, a za nim lekko
przeklinający operator z Kędziorem, który był nie tylko kierowcą,
ale i asystentem operatora.

Przyjrzałam się bliżej naszemu planowi zdjęciowemu. Stajnia by-
ła klasyczną stajnią - długą na jakieś dwa kilometry, lekko licząc.
Albo trzy. Po bokach szły boksy dla koni; a środkiem biegł przez
całą długość stajni regularny stół wigilijny, przykryty białymi obru-
sami i zastawiony jak należy. Talerze i kieliszki do wina połyskiwa-
ły w nikłym świetle świec.

- Patrzcie, chłopcy, jaki fajny nastrój ułani wymodzili - nie wy-
trzymałam i dałam wyraz młodzieńczemu entuzjazmowi. Marek
spojrzał na mnie z niesmakiem.

, - Taki nastrój to se możesz zrobić w domu, prywatnie - powie-
dział z goryczą. - Ciemno tujak u Murzyna ... wszędzie. Postawimy,
co mamy, ale nie ręczę za efekt.

Kędzior już przedzierał się na drugi koniec stajni z lampą w ob-
jęciach. Z boksów wyglądały na niego zaciekawione końskie łby.

- Wynocha, zwierzątka - oganiał się jak mógł, ale poruszał się
dość powoli, bo stajnia była wąska, na środku stał ten stół (ciekawe,
skąd oni wzięli tyle stołów!), a po bokach leżały baloty słomy. O ile
to się nazywa baloty. Znaczy uczestnicy przyjęcia mieli siedzieć wy-
twornie na słomie. Bardzo ładny wigilijny symbol.

Z rozmyślań o symbolice wigilijnej wyrwało mnie potężne kaszl-
nięcie. Aż podskoczyłam. Rozejrzałam się - obok mnie nie było ni-
kogo, wszyscy ułani wciąż czekali przed wrotami na biskupa, Ma-
rek z Kędziorem ustawiali lampy w drugim końcu stajni, a Henio
rozmawiał zjakimś dużym koniem, który dobierał mu się do futrza-
nego ochraniacza na mikrofonie.

- Zostaw tego kotka - perswadował łagodnie. - To nie jest
smaczny kotek. No już, paszoł won. Tyczki też nie ruszaj.

Kaszlnięcie odezwało się znowu, tuż za moimi plecami. Jeszcze
straszniejsze niż poprzednie. Podskoczyłam i odwróciłam się szybko.

Koń. Spojrzał na mnie z ukosa i zakaszlał po raz trzeci. Jakaś
postać przesunęła się w mroku i odemknęła drzwi boksu.

- Niedawno przeszedł zapalenie płuc - wyjaśniła zatroskanym
głosem mała kobietka, która nie wiadomo skąd pojawiła się koło
mnie. - Trzy konie nam chorowały, jak były te mrozy. Dostał lekar-
stwo, powinno mu być lepiej. Komórka pani dzwoni.

- To tylko esemes. - Zajrzałam do komórki. Cztery nieodebrane
wiadomości.

Mała kobietka uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Życzenia na pewno. Taka popularna dziennikarka jak pani
chyba ma wielu przyjaciół, prawda?

Od cholery - pomyślałam, ale nie powiedziałam tego, tylko też
się uśmiechnęłam i kiwnęłam głową. N a życzenia jeszcze za wcze-
śnie. Jeden sms z banku, że na koncie dwie stówy, ale to nie szkodzi,
mogę zdebetować do tysiąca, dwa od Ery, że mogę wygrać samo-
chód albo kupę szmalu, jeśli w ciągu ułamka sekundy coś tam do
niech napiszę (nie ma takiej możliwości, takie tempo pisania mają
wyłącznie małolaty) ijeden od montażysty, że może byśmy jutro za-
częli montaż godzinę później, bo go żona goni do porządków świą-
tecznych, co oczywiście jest poniżej jego godności, mężczyzny i ar-
tysty, ale nie ma dostatecznej siły przebicia, żeby się wykręcić.
Skasowałam trzy pierwsze, a na czwarty odpisałam, że proszę bar-
dzo. Ja też może trochę posprzątam. Muszę sama, bo Julian nadaje
się wyłącznie do leżenia bykiem i robienia dobrego wrażenia. Ale
i tak bardzo go kocham. O ile wiem, z wzajemnością.

Przed stajnią zrobił się mały kociołek. Obok naszego furgonu
parkowały jakieś wozy osobowe.

- Biskup -lakonicznie zawiadomił mnie operator. - Ty się lepiej
schowaj, żebym cię nie widział, jak będą wchodzić, tu jest strasznie
Ciasno.

- A gdzie ja ci się schowam, pod stół? - jęknęłam, ale nie docze-
kałam się odpowiedzi. Moja ekipa zapaliła światła i zaczęła działać.
Rozpłaszczona na ścianie usłyszałam, jak pani rotmistrz (chyba rot-

 

 

mistrz ... ) uroczyście melduje ekscelencji swoich ułanów gotowych
do wieczerzy wigilijnej. Po chwili cały orszak wchodził rządkiem do
stajni, a wszystkie VIP-y, mijając filmującą ich kamerę, musiały
przechodzić koło mnie, automatycznie więc zostałam powitana
przez biskupa, proboszcza miejscowej parafii, jednego admirała
w stanie spoczynku i jednego generała w służbie jak najbardziej
czynnej oraz kilku innych niezidentyfikowanych osobników. Wresz-
cie VIP-y zostały umieszczone na przysługujących im wiązkachslo-
my, a resztę miejsc zajęli ułani, niektórzy z damami serca, a niektó-
rzy wręcz będący damami. Damy, poza szefową, miały na sobie coś
w rodzaju amazonek z XIX wieku, ale wytworne szaty nikły pod
płaszczami i jako reprezentacja stylowego stroju musiały wystar-
czyć wysokie meloniki z barwnymi i powiewnymi szalami.

- Uważaj, Marek - syknęłam, bo najwyraźniej pani rotmistrz
zabierała się do przemówienia. Marek tylko kiwnął głową i włączył
kamerę. Henio wychylił się, ile mógł do przodu i wysunął maksy-
malnie swoją tykę z mikrofonem. Natychmiast jakiś koń zaczął się
do niej dobierać, więc spróbował ją odsunąć i omal nie zerwał me-
lonika z głowy szczególnie uroczej amazonce. Jakoś się wreszcie
ustabilizował, a czas już był najwyższy, bo pani dowódczyni zaczy-
nała mówić.

Bardzo ładnie mówiła. Niemal do łez wzruszyła mnie fraza
o miejscu, gdzie ogrzewają nas oddechy naszych odwiecznych przy-
jaciół, czyli koni. Odwieczni przyjaciele istotnie oddychali, co
w mroźnym raczej powietrzu powodowało powstawanie kłębów pa-
ry. Te kłęby buchały im z nozdrzy i podświetlone naszą lampą wy-

glądały bardzo efektownie.                       .

Jeden z nich, duży siwek, nie poprzestawał na oddychaniu. Jego
boks znajdował się tuż za siedziskiem biskupa. Siwek wychylał się
przez kraty, wyraźnie zafascynowany pomponem na purpurowym
birecie ekscelencji. Ekscelencja nie zwracał na zwierzątko uwagi,
słuchając życzliwie przemowy pani rotmistrz (jednak dobrze zapa-
miętałam, rotmistrz, upewniłam się u najbliżej siedzącego ułana),
ona jednak dobrze widziała, co się dzieje, i nawet przerwała sobie
przemowę gromkim: - Sajgon, uspokój się! - Sajgon spojrzał na nią
z ukosa i prychnął kilka razy, wzniecając kolejne kłęby pary, ale nie
oddalił się specjalnie od ulubionego pompona.

Przemówienie zakończyło się gromkim wezwaniem do spełnie-
nia toastu za zdrowie pułku.

- Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie! - huknęli po trzykroć ułani i wy-
chylili kielichy.

- Panowie! Zdrowie klubu! - wezwała znów szefowa.

- Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie!

 

 

Pani rotmistrz siadła, ale przemówienia jeszcze się nie skończyły.

Graliśmy wszystkie na wszelki wypadek, ale już żadne nie było ta-
kie stylowe.

Wreszcie oficjałki tak jakby się wyczerpały. Przyszedł czas opłatka.
Ekscelencja podniósł się ze swego miejsca na słomie - ku wyraź-
nemu niezadowoleniu Sajgona - i pobłogosławił talerze z opłatkami.
- Kręć, Marek - mruknęłam niepotrzebnie do operatora, który
właśnie zdejmował kamerę ze statywu i zakładał sobie na ramię.

- Kręcę, kręcę - odmruknął, dość łagodnie, jak na niego.

 

Z opłatkiem mam tak samo jak z kolędami - beczę przy jednym
i przy drugim. Im bardziej bliski mi jest ten ktoś, z kim się przeła-
muję opłatkiem, tym trudniej mi się opanować.

 

Z kolędami jest jeszcze gorzej. Nie mogę chodzić na żadne kon-
certy kolęd, bo wytrzymuję naj dalej do trzeciego punktu programu.
A potem już się tylko męczę. "Jezus malusieńki" wywołuje u mnie
rzewny szloch, a "Bóg się rodzi" wykańcza mnie ostatecznie.

Nie ryczę tylko wtedy, kiedy pracuję. Skupiam się na tym, co ro-
bi kamera i jakoś mi przechodzi ulgowo.

 

Ułani z resztkami opłatka dotarli i do nas. Przyjęłam z wdzięcz-
nością mniej lub bardziej konwencjonalne życzenia, w myślach wi-
dząc już, jak zwalniam na montażu Markowe zbliżenia dłoni trzy-
mających opłatki, wzruszone twarze, uściski typu niedźwiadek i tak
dalej. W momencie, kiedy sama robiłam niedźwiadka z przystoj-
nym kawalerzystą, przyszło mi nagle coś do głowy; pospiesznie
skończyłam składanie życzeń i wydostałam się z ułańskich ramion.

- Który koń jest pana? - zapytałam.

- A o, ten za panią - odparł lekko zdziwiony. I nagle załapał. -

Ach, rozumiem! Koniowi też się należy, ma pani rację.

Dopadłam z kolei operatora i wyjaśniłam mu, o co mi chodzi.

Wzruszył lekko ramionami, ale zwrócił się w naszą stronę, z kame-
rą w pogotowiu.

- Proszę, możemy - powiedział.

Ułan podszedł do boksu i wyciągnął do konia rękę z opłatkiem.

Przeziębiony gniadosz łypnął nieufnie.

- No masz, stary - zachęcił go pan. - Najlepsze życzenia, przyja-
cielu.

Koń zakasłał i powąchał opłatek bez entuzjazmu.

- Zjedz to. To jak chlebek. Lubisz chlebek. Wszystkiego najlep-
szego. Zdrowia. Żeby ci płucka odrosły.

Koń wziął opłatek do pyska i natychmiast wypluł z powrotem na
dłoń pana.

- Nie bądź głupi. To jest pyszne. No już, wpieprzaj. 0, przepra-
szam, pani to może wyciąć?

- Mogę. Ale niech pan jeszcze raz spróbuje ...

Uprzejmy kawalerzysta spróbował jeszcze raz, ale koń tylko za-
kasłał mu strasznie prosto w nos i odwrócił się, obrażony, że mu ta-
'e nic dają do zjedzenia i jeszcze wmawiają, że to pyszne. Marek,
trzęsąc się ze śmiechu, opuścił kamerę.

- Kocia, zapomnij. Nic z tego nie będzie. On tego nie zje. Ale
możesz uciąć po tym, jak wącha pierwszy raz. Masz w obrazku rę-
kę pana i jego mordę, jak wącha. Konia mordę, nie pana. O Boże.
Teraz ja przepraszam.

- Sajgon! Co ty robisz! Przestań natychmiast!

Tubalny okrzyk zabrzmiał gdzieś w głębi stajni. Zaintrygowani,
spojrzeliśmy wszyscy w tamtą stronę i dostrzegliśmy dużego siwka,
który właśnie odwracał łeb od pomponu na birecie biskupa, udając,
że nic go ten pompon nie obchodzi.

Ekscelencja zajął na powrót swoje miejsce na słomie i rozpoczę-
ła się właściwa wieczerza.

Zamierzaliśmy, oczywiście, skromnie stać na uboczu i robić swo-
je, ale panowie ułani i panie ułanki (hej, ułanka to przecież fuksja,
taki kwiatek!) zaprosili nas bardzo serdecznie do stołu. Siedliśmy
więc na nadspodziewanie wygodnych słomianych siedziskach i na-
tychmiast dostaliśmy barszczyku, pierogów, śledzi i bigosu. Zrobiło
się miło i rodzinnie.

Oczywiście, najbardziej miło i rodzinnie miałam ja, bo się rozsia-
dłam na słomie i przyjmowałam świadczenia od uprzejmych kawa-
lerzystów - moi koledzy zaś uczestniczyli w wieczerzy, można po-
wiedzieć, skokami naprzód, w międzyczasie dokumentując różne
sympatyczne klimaty, na przykład wspólne śpiewanie kolęd.

Trochę się bałam, że się rozkleję, jak zwykle, ale tym razem mi
się upiekło. Ułańskie towarzystwo śpiewało gromko, ale za to każdy
śpiewał w innej, indywidualnie dobranej, tonacji. W tej sytuacji mój
włącznik łez nie zadziałał.

Kiedy już udało nam się zrobić klimaty i jeszcze do tego najeść
porządnie, uznałam, że mamy prawie wszystko. Jeszcze tylko trzy,
cztery krótkie seteczki i do domu. I tak zrobiło się strasznie późno,
już powinnam zwolnić ekipę, kochane chłopaki, nic nie mówią, tyl-
ko pracują ... Pomachałam ręką do pani rotmistrz. Zrozumiała i wy-
dostała się zgrabnie Zza stołu.

- Kilka ciepłych zdań potrzebuję - poinformowałam ją. - O tym,
jaką to jesteście rodziną i po co wam takie wigilie, i dlaczego w staj-
ni, i na słomie ... Sama pani wie. Woli pani sama mówić, czy mam
zadawać pytania?

- Niech pani zadaje, będzie mi łatwiej.

- Bardzo proszę. Możemy, koledzy?

 

- Gram - powiedział krótko Marek.

- Ja również - dodał Henio.

Zadałam pytanie, pani rotmistrz odpowiedziała, potem następ-
ne ... Nieźle nam to wyszło. Zwłaszcza akcent patriotyczny w koń-
cówce; ostatnio jakoś mało nas obchodzą te sprawy i w ogóle się
o nich nie mówi, a ja jestem zdania, że teraz właśnie trzeba, kiedy
Europa jest wspólna, no więc, żebyśmy pamiętali o korzeniach. Pa-
ni rotmistrz bardzo ładnie powiedziała o korzeniach.

Potem odpytałam jeszcze trzech ułanów i uznałam, że już dosyć.

Jeszcze tylko zdrowie konia i do domu.

- Panie Zbyszku - zagadnęłam szczególnie sympatycznego ka-
walerzystę, który właśnie nagrał mi śliczną nawijkę o ułańskiej ro-
dzinie i klubowych tradycjach, wywodzących się z tradycji pułku,
którego klub nosi imię. - Czy ja dobrze myślę, że będziecie dziś jesz-
cze pić zdrowie konia? Rytualnie?

- Będziemy, pani redaktor - odparł pan Zbyszek, z uśmiechem
muskając siwiejącego wąsa. - Oczywiście, będziemy. Punktualnie
o północy.

- O północy? Matko święta! To za trzy godziny!

- Za dwie i pół - sprostował uprzejmie pan Zbyszek.

- A nie dałoby się wyjątkowo przyspieszyć? Bo, widzi pan, ja mu-

szę puścić ekipę ... A tak strasznie chciałabym to mieć w materiale ...

Kątem oka spojrzałam na ekipę. Nie jedli. Nie pili. Pracowali.

Marek z prawym okiem przyklejonym do wizjera, pozostali dwaj
koledzy dziwnie przy nim skupieni i nad wyraz zainteresowani. No
i bardzo dobrze. Nie nudzą się. Im więcej przebitek, tym łatwiej od-
tworzyć koloryt. A ta Wigilia ma koloryt!"

- Zobaczę, co się da zrobić - powiedział tymczasem pan Zby-
szek i odwrócił się ku stołowi. - Przyjaciele! Mam prośbę w imieniu
telewizji ...

Gdy wyłuszczył prośbę, towarzystwo najpierw ryknęło śmie-
chem - ale życzliwym - a potem kolektywnie wyraziło zgodę.

- Marek - syknęłam. - Rusz się! Będzie zdrowie konia!

- Chodź tu, Kocia - zakomenderował, jakby nie słyszał, co do

niego mówię. - No, chodź. Popatrz sobie.

Odstąpił od kamery i obniżył wizjer do poziomu moich oczu.

Nie wytrzymałam i zajrzałam. W pierwszej chwili nie zorientowa-
łam się, co widzę; było to spore zbliżenie czegoś, co się miarowo
poruszało - dopiero po chwili rozpoznałam pysk konia, owszem,
jego szczęki poruszały się, zjadając stopniowo purpurowy pompon
na biskupim birecie. Wstrzymałam oddech, złapałam za joystick
i odjechałam leciutko, do odrobinę szerszego planu. Biskup zajęty
był konwersacją z siedzącym obok admirałem w stanie spoczynku

i naj prawdopodobniej nie miał zielonego pojęcia o tym, co dzieje
się na jego czcigodnej głowie. Sajgon przeżuwał spokojnie, jak
gdyby pasł się na zielonej łące pełnej soczystej trawy i wonnego
kwiecia.

- Ty, Marek, chyba powinniśmy im powiedzieć - szepnęłam, ale
moja interwencja okazała się niepotrzebna, bo pan Zbyszek zaor-
dynował ogólne powstanie z miejsc, a Marek wyrwał mi joystick
i błyskawicznie skierował obiektyw na niego.

- Przyjaciele! - zagrzmiał pan Zbyszek potężnym basem. - Na
koń!

Towarzystwo, z wyjątkiem VIP-ów, oczywiście, podniosło gre-
mialnie lewe nogi, aby godnie postawić je na białym obrusie, wśród
przetrzebionych już nieco dań i nakryć.

- Uważajcie na stół! - rozległ się dramatyczny, damski okrzyk.

Stół się lekko zachwiał, ale wytrzymał. Dopiero teraz zauważyłam,
że skonstruowany był z blatów ustawionych na takich samych mało
stabilnych wiązkach słomy jak te, które stanowiły siedzenia.

- Przyjaciele! - ryknął po raz drugi pan Zbyszek. - Zdrowie ko-

nia polskiego!

- Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie! - huknęli ułani i spełnili toast.
Byliśmy po pracy.

VIP-y też chyba uznały, że dość już działalności reprezentacyj-
nej, bo zwinęły się jakoś szybko i opuściły towarzystwo, żegnane
ponownie szpalerem u wrót stajni. Utrata pompona pozostała nie-
zauwazona.

Kiedy pakowaliśmy sprzęt do samochodu, spostrzegłam, że całe
ułańskie towarzystwo przenosi się ze stylowej, ale potwornie zimnej
stajni do przytulnego domku ze świetliczką i kominkiem - zapewne
dla spokojnej i niezakłóconej przez intruzów kontynuacji uroczy-
stości.

Do domu dotarłam dobrze po dziesiątej i rozumiem doskonale
Juliana, który trochę był na mnie obrażony. Czekał przecież cały
dzień. Właściwie to nie chciał ze mną rozmawiać i natychmiast, kie-
dy skonstatował, że już jestem - poszedł spać.

I trudno. Nic na to nie poradzę. Ktoś musi zarabiać w tym do-
mu. A okres świąteczny przeważnie jest taki zapchany. Robi się pięt-
naście programów na ostatnią chwilę, bo przecież tego się nie da
przygotować wcześniej. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś. No.

Więcej w Opowieściach wigilijnych wydawnictwa Prószyński i s-ka